Kuchnia też emigruje, szkoda, że nie polska
To jest danie również, jak krewetki z chorizo, z mojej pierwszej karty, którą zmuszony byłem jako Szef, świeżo upieczony-przymuszony kucharz, w pewnym bistro na Starej Pradze, niespodziewanie samodzielnie wykonywać, zaczynając moją przygodę z gotowaniem komercyjnym, myśląc na początku pierwszego dnia, że to chwilowe, choć pisząc co myślałem musiałbym same kropki powstawiać, a kończąc dzień z przekonaniem, że tylko już to chcę robić.
Tagliatelle z krewetkami i brandy to taki włoski przepis emigracyjny. Może źle szukałem, ale nie udało mi się czegoś podobnego znaleźć na włoskich stronach lub w menu włoskich restauracji we Włoszech, a przeglądanie ich było jakby obowiązkiem sobie narzuconym w pierwszych latach pracy. Za to dość często podobne dania znajdowałem w angielskich włoskich restauracjach. To tak trochę jak francuska zupa Vichyssoise wymyślona w USA.
Ciekawe, kiedy do klasyki wejdą dania polskie powstałe i rozpropagowane na emigracji. Wszak przygodę ze zdobywaniem świata, a właściwie z szukaniem lepszego świata, rozpoczęliśmy mniej więcej w tym samym czasie co Włosi, bo podbojów Cesarstwa Rzymskiego nie ma co liczyć, kuchnia po nim nie została, bardziej architektura. Za to w XIX i XX wieku pewnie moglibyśmy się z Włochami ścigać o palmę pierwszeństwa w emigracyjnym wyścigu. Tylko oni są obecni w obcym kraju po swojemu, kultywując własne zwyczaje, eksponując kuchnię, kulturę, język, przywiązanie do wartości. Stąd kuchnia włoska, która zagospodarowuje przestrzeń kraju gospodarza. My chyba tak nie umiemy. Nie idzie za nami nasza kultura, niewiele poza pracą i płaceniem podatków, potrafimy gospodarzom zaoferować, przynajmniej nie jest to tak zauważalne.
Danie jest dość ciężkie w odbiorze, dlatego też najlepiej smakuje zimą, a jeśli latem to z dobrze schłodzonym Sauvignon Blanc. Słodko kwaśne klimaty, aromat balsamiczny i świeżość natki – tak powinno smakować, tak powinno pachnieć.
A po co ogonki w krewetkach? Bo na filmie i zdjęciach wyjdą. To takie zawodowe przyzwyczajenie. Otóż, żeby nikt nie zwrócił pustego talerza z ogonkami reklamując ilość krewetek. Poważnie takie reklamacje mi się zdarzały. Pusty wyczyszczony talerz, na nim 2 lub 3 ogonki i kelner mówi: „pan-pani reklamuje bo nie miała pięciu krewetek, a te ogonki to dowód, a jej towarzysz/towarzyszka od stołu miała…..” Taka śmieszna historia. Koniec końców musiałem pilnować podczas przygotowań mise en place, czy zostawiają pracownicy ogonki w krewetkach….
Zapraszam do oglądania i korzystania z przepisu.