Mule

Mule – kulinarny festiwal

Jest tyle sposobów przygotowywania muli, opisanych w książkach i przewodnikach i jeszcze niezliczona ilość i możliwości kombinacji, że w knajpach specjalistycznych organizuje się festiwale z mulami. Niby takie nic te mule, no bo co tam jeść, odrobina galaretowatej masy zamkniętej w muszli. Ale jak się ugotuje odpowiednio, to już same aromaty podnoszą ciśnienie. Można robić po marynarsku, po normandzku, jak w Prowansji i jeszcze na milion różnych sposobów. Ja lubię taką wersję jak klasyczne po marynarsku, ale z drobnym porem i pomidorami, tak, żeby sos był maślano-pomidorowy. Taki talerz wypakowany doskonale przygotowanymi mulami z dużą górką, kiedy idzie z kelnerem do stołu przez restaurację, lub otwierany na stoliku przed gościem garnek specjalnego przeznaczenia tylko do muli, uwalniają fantastyczny aromat, taki, że wszyscy naokoło podnoszą nosy do góry w zaciekawieniu i rozglądają się za źródłem owego aromatu.

Sekret tkwi w podgrzaniu ziół i oliwy do odpowiedniej temperatury i uwolnieniu ich aromatów, jakości i świeżości muli, które muszą się otworzyć wrzucone na oliwę i winie, którym się danie podlewa, aby dogotować mięso w muszlach i oczywiście stworzyć lekko kwaśny sos, ale według mnie, całości wszystkiego dopełnia masło, w odpowiednim momencie i odpowiedniej ilości dodane i zagęszczające ów sos, co jest technicznym zwieńczeniem całego procesu gotowania muli.

Proszę sobie teraz wyobrazić inne niż delikatna bagietka pieczywo….. no ciężko, prawda?

Mule, takie niewiele, z czego można zrobić coś absolutnie wyjątkowego, coś, na co goście pielgrzymują do wybranych restauracji w określone dni, czego jedzenie staje się spektaklem, coś, po czym nawet resztki na talerzach wyglądają intrygująco.

Wino do muli to już inna historia, ale jeśli chcemy poczuć prawdziwy smak, to tak samo jak bagietka być musi, najlepiej delikatne białe.

Kiedyś nałogowi pożeracze muli uważali że, mule można było jeść tylko w miesiącach, które w swoich nazwach pochodzenia łacińskiego „r” posiadały. Dzisiaj, dzięki rozwiniętej hodowli zarówno w morzu północnym jak i śródziemnym, ten ogranicznik przestał istnieć, choć statystycznie można przyjąć, że Luksemburczyk, Belg, Normandczyk lub inny Francuz północny w maju, czerwcu, lipcu i sierpniu muli raczej jadł nie będzie. Ale nam tutaj w słowiańskim kraju nic nie stoi na przeszkodzie. Można całym rokiem.

Zapraszam do oglądania i korzystania z przepisu.

Mule

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*